• Książki dla dorosłych,  Książki dla dzieci i młodzieży

    „Wiersze pierwsze” Emilia Borodo

    Czym dla mnie jest poezja i dlaczego tak bardzo cenię sobie tę formę pisania? Wiersze to zbitka zaledwie kilku słów, które kryją w sobie cały ogrom bogactwa. Ileż przyjemności sprawia mi odkrywanie sensu każdego znaku. Wielkim szacunkiem darzę twórców, którzy odważyli się przelać na papier własne myśli i oddać w ręce innych swoje dzieła. Puszczając swoje słowa w świat, poniekąd przestają być ich autorami. Dlaczego? Przecież to w ich głowach i sercu zrodziła się inspiracja. Ale z wierszami jest tak, że ich znaczenie nie zależy tylko od poety. Ile odbiorców utworu, tyle autorów interpretacji. Poezja to taki oddech dla duszy, dlatego każdy człowiek powinien czasem sięgnąć po wiersze. Dziś chciałabym zachęcić Was do poznania utworów młodej osoby, tegorocznej absolwentki szkoły podstawowej, która swoimi spostrzeżeniami przenosi nas w świat refleksji.

    Gdy wzięłam do ręki pięknie wydany tomik wierszy Emilii Borodo, moim oczom ukazały się słowa, które układały się w wyjątkowo dojrzałą wędrówkę w głąb siebie i między ludzi. Spostrzeżenia, którymi dzieli się młoda autorka to nie jest wyraz buntu i zagubienia, czyli tego co typowe dla wieku nastoletniego. To dowód na to, że młodzieńcza dusza potrafi odkrywać siebie też w inny sposób. Kształtuje siebie, swoje poglądy, jednocześnie odgadując kształt i wizerunek świata poprzez pisanie. Podmiot liryczny stanął przed niełatwym zadaniem, jakim jest obserwacja życia. To z niej wypływają przemyślenia. Treści wierszy przepełnione są spokojem, harmonią, choć niektóre dotykają burzliwych kwestii.

    Świat jest piękny, ale skomplikowany. Młody człowiek w trakcie dojrzewania zauważa, że coraz więcej elementów nie pasuje do całości układanki. Dzięki wrażliwości, która nie jest jeszcze przytłoczona codziennością, wierzy jednak i próbuje pokazać innym, że każde puzzle, można ułożyć. Wystarczy się postarać i nigdy nie tracić nadziei. I tego, my dorośli, powinniśmy uczyć się od młodszego pokolenia. Polecam Wam poznać świadome pióro tej młodej poetki!

  • Książki dla dorosłych

    „Pożar w mojej głowie” Kamila Mitek

    Jakiś czas temu miałam ogromną przyjemność poznać twórczość Kamili Mitek. Jej debiutancka powieść „Na śniadanie… tort szpinakowy” wprost skradła moje czytelnicze serce. Trafiła w moje ręce w idealnym momencie. Wtedy, kiedy tak bardzo potrzebowałam lekarstwa na wytchnienie i oderwanie się od codzienności. Efekt był natychmiastowy. Poprawa nastroju, lekkość ducha i uśmiech. Jak to bywa z lekami, czasami występuje jakiś skutek uboczny. W moim przypadku był nim ogromny zapał do poznania kolejnej powieści wspomnianej Autorki 🙂

    „Pożar w mojej głowie” to historia Doroty, która jest zawodową strażaczką. Dziwne? A jednak! Okazuje się, że mundur strażacki idealnie współgra również z kobiecą sylwetką. Jednak nie do końca zgadzają się w z tym inni. Dlatego też Dorota czuje presję, aby jeszcze bardziej angażować się w swoje zawodowe obowiązki i udowadniać, że radzi sobie w męskim fachu. W tej na pozór silnej kobiecie kryje się również wrażliwa istota, która głęboko w sercu nosi tęsknotę za pewnym mężczyzną. To właśnie niebezpieczny zawód, jaki wykonuje z ogromną pasją przyczynił się do tego, że jej związek rozpadł się niczym drewniany domek pod wpływem ognistych płomieni. Do problemów sercowych dochodzą jeszcze inne. Przełożony ją dyskryminuje, a ojczym nieustannie krytykuje. Na co dzień ta dzielna kobieta pomaga innym, ale czy uda jej się uratować siebie z pożaru, jaki szaleje w jej głowie?

    Książka Kamili Mitek to kawał dobrej i przyjemnej literatury obyczajowej, która oczarowuje czytelnika od pierwszych stron. Lekki styl, dobrze skonstruowani bohaterowie i dialogi,  ciekawe dygresje i z pozoru epizodyczne wątki, które zgrabnie przenikają fabułę. Do tego miłość! Ta nowa, niespodziewana i niewiadoma. Wszystko to tworzy świetną historię, w której nie brakuje również refleksji nad ludzkim życiem i jego trudami – dyskryminacja, walka ze swoimi (kobiecymi) słabościami i emocjami, odkrywanie własnego ja oraz dystans do siebie i świata.

    Dużym atutem powieści jest fakt, że wątek miłosny nie przesłania całości. Jest on tu zaledwie nutką w całej melodii życia bohaterki. W tym miejscu kieruję również ukłon w stronę Autorki za rzetelne przygotowanie do przedstawienia fabuły, w której dużą rolę odgrywa zawód strażaka i emocjonalny rozwój młodzieży, która ma niemały wkład w całą historię.  

    Polecam Wam tę lekką, ale niebanalną lekturę. Powieść zawierającą momenty, które przeżywa się całym sobą i fragmenty, które sprawiają, że kąciki ust unoszą się ku górze 🙂

  • Książki dla dorosłych

    „Tylko matka” Elisabeth Carpenter

    Na czym polega wyjątkowość matczynej miłości? Pierwsze, co przychodzi mi do głowy to bezwarunkowość tego uczucia i niezmienność. Niezależnie od tego, co zrobi dziecko, miłość matki nie traci na sile. Idąc dalej, kobieta, która pod swoim sercem nosiła dziecko wie, czym jest troska, dbanie i poświęcenie.  Od poczęcia po sam kres życia, matka zrobiłaby wszystko, by chronić swoje potomstwo przed złem, bólem i smutkiem. Jednak czy tak jest zawsze? Czy matczyna miłość ma jednak pewne granice?

    Erica Wright po wielu latach prześladowań, jakich zaznała ze strony sąsiadów i nieznajomych, w końcu zaczęła odczuwać spokój. Już od ponad roku nie musiała znosić ubliżania, a na ścianach jej domu nie pojawiał się już napis „MORDERCA”. Jednak kobieta wie, że ta harmonia nie potrwa zbyt długo, bowiem wkrótce jej syn zostanie wypuszczony z więzienia. Choć orzeczenie o winie Craiga było jednoznaczne, ona nigdy nie zwątpiła w jego poczciwość. Ale teraz wydaje jej się, że coś się zmieniło. Po prawie dwudziestu latach więzienia Erica nie rozpoznaje swojego syna. Dostrzega w nim ogromną zmianę. Na domiar tego, powrót Craiga zbiegł się w czasie ze zniknięciem młodej dziewczyny. A może to wcale nie był przypadek? Erica sama zaczyna w to wątpić i w jej matczynym sercu pierwszy raz rodzi się podejrzliwość. Czy teraz będzie zdolna do tego, aby odwrócić się od własnego dziecka? Jeśli znów zajdzie taka potrzeba, czy stać ją będzie na ponowne ukrywanie prawdy?

    „Tylko matka” to jeden z lepszych thrillerów, jakie ostatnio czytałam. Coś nowego, wielowarstwowego, poruszającego dużo ważnych tematów. Historia, która wzbudza w czytelniku niejednoznaczne emocje. Bohaterów nie da się bowiem tak łatwo zakwalifikować jako „dobrych” i „złych”. Tak samo z ich czynami. Czy zbrodnia to zawsze zbrodnia?

    Wydawać by się mogło, że fabuła tego thrilleru nie jest dość oryginalna. Poruszane motywy znane są już w literaturze tego gatunku, ale nie zmienia to faktu, że „Tylko matka” to pozycja warta uwagi. Jest dość dynamicznie, autorka udanie buduje napięcie. Historia przedstawiona została z trzech perspektyw. Dzięki tak zastosowanej narracji pierwszoosobowej czytelnikowi łatwiej jest wczuć się w sytuację każdego bohatera i wraz z nimi przeżywać emocje. Naprzemienne śledzenie zmagań sprawia, że czytelnik jest w ciągłej niepewności i niejednokrotnie zadaje sobie pytanie, która „prawda” jest tą prawdziwą.

    Choć książka zalicza się do gatunku dreszczowców, w znacznej mierze skupia się na uczuciach i emocjach głównych bohaterów. I z tego względu zyskała w mojej opinii jeszcze więcej pochwał. Jednak przyznać trzeba, że nie brakuje tu zwrotów akcji i napięcia, które charakteryzują thrillery.

    Czytałam z ogromną przyjemnością, o ile można w ten sposób wyrazić się o ciężkim temacie powieści. Szczerze polecam!

    Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros.

  • Książki dla dorosłych

    „Tandem” Eliza Segiet

    „Tandem” to utwór dramatyczny w dorobku Elizy Segiet, która w świecie literatury i sztuki kojarzy się głównie z poezją. Tematem tego krótkiego, acz wyrazistego utworu jest (pozornie) życie małżeństwa Olgi i Marcela oraz ich dorosłego syna Hirusia. Niemały też udział mają inni: głuchoniema ciotka Adela i Miruś – przyjaciel bohaterów. Rozpisana w dwóch aktach sztuka sceniczna rozpoczyna się w momencie, gdy nadopiekuńcza matka snuje plany wobec przyszłości swojego dorosłego (ale czy dojrzałego?) już syna. Pragnie ona, aby Hiruś stał się wielkim artystą, wybitnym poetą i osiągnął tym samym najwyższą wartość w życiu, czyli sławę. Znacznie mniej nadziei pokłada w synu nieco patriarchalny ojciec, który nie kryje swojego zdania i w twórczości Hirusia upatruje jedynie niskich lotów rymowanki. I w tym miejscu rozpoczyna się ciąg zarysowanych sytuacji, które karykaturalnie ukazują indywidua rodziny i relacje, jakie ich łączą, potrzeby i ukryte pragnienia.

    „Tandem” to doskonale stworzona przestrzeń różnorodnych dwuznaczności. W akcie pierwszym poznajemy bohaterów i wspomnianą sytuację, zaś akt drugi to moment, kiedy wszyscy zrzucają maski i pokazują swoje prawdziwe oblicze. Wszystko to prowadzi do zakończenia, które jest wielce zaskakujące. Kim okażą się tak naprawdę bohaterowie i jaką rzeczywistą rolę pełnią w rodzinie?

    Lektura tego utworu to była dla mnie istna przyjemność. Na zaledwie kilku stronach doznałam rozrywki, ale i życiowej refleksji. Przedstawiona sztuka skłoniła mnie do wielu przemyśleń. W jakim kierunku zmierza świat wartości? Jakie ideały prezentują media? Czym jest dzisiejsza miłość i relacje w rodzinie? Czy potrafimy jeszcze prowadzić dialog?

    „Tandem” to jednak nie tylko ciekawa treść. Autorka zaprezentowała nam również dopracowaną w szczegółach formę. Precyzyjna narracja i didaskalia, które pomogły wyobrazić sobie miejsce, akcję i bohaterów. Odniosłam wręcz wrażenie, że uczestniczę w spektaklu!

    Polecam Wam lekturę tego utworu i gwarantuję, że będą Wam towarzyszyć niezapomniane wrażenia. A mi pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś zobaczę tę sztukę na deskach teatru. 

     

    Dziękuję Autorce za wspaniałe chwile przy lekturze. 

  • Książki dla dorosłych

    „Śpiąca nimfa” Ilaria Tuti

    Śpiąca nimfa. Portret o magnetyzującej sile, która przyciąga każdego, kto na niego patrzy. Trudno oprzeć się jego pięknu. To niebywałe dzieło sztuki zostało namalowane przez młodego partyzanta w ostatnich dniach II wojny światowej. W jaki sposób udało mu się stworzyć coś, co przyciąga uwagę nawet tych, którzy kompletnie nie znają się na sztuce? Sekret tkwi w czerwonym pigmencie na płótnie. To on sprawia, że obraz skrywa szokującą tajemnicę. I to dosłownie! Bowiem ta czerwień to… krew z ludzkiego serca. Kim była ofiara? Czy bez ciała, bez żadnych zeznań, a jedynie na podstawie śladu krwi uda się dotrzeć do prawdy? Wyzwanie wydaje się niemożliwe. Jednak nie dla komisarz Teresy Battaglii i jej podwładnego Massima Mariniego. Duet śledczych trafia do doliny Resia, gdzie wśród gór ukrywa się ktoś, kto od lat pilnie strzeże sekretu…

    Przedstawiłam Wam zarys fabuły, który skusił mnie do sięgnięcia po książkę Ilarii Tuti. Zapragnęłam wręcz poznać twórczość tej autorki, która do tej pory umknęła mojej uwadze. Przyznaję, że nie zauważyłam, że „Śpiąca nimfa” to drugi tom serii, ale w ogóle nie stanowiło to problemu. Okazało się, że ksiązki z tego cyklu mogą być odrębną historią i nie trzeba ich czytać chronologicznie. I jest to duży plus!

    Lektura wciągnęła mnie już od pierwszych stron i nie potrzebowałam zbyt wielu rozdziałów, aby polubić bohaterów. Bez wątpienia dałam się porwać historii. To dobra książka o bardzo ciekawej fabule kryminalnej, która stopniowo buduje w czytelniku pożądane napięcie. Postacie również są dopracowane. Kobieta cierpiąca na chorobę, która powoli odbiera jej nie tylko pamięć, ale i tożsamość, miłość do pracy i zdolność jej wykonywania. Mężczyzna borykający się z przeszłością, która brutalnie wpływa na obecne życie.  Jednym słowem doskonała analiza ludzkiej psychiki. Coś, co wprost kocham w literaturze. Dlaczego zatem nie skaczę z radości? A no było coś, co mi przeszkadzało. To zbyt długie opisy niektórych wątków (a jest to powieść zdecydowanie wielowątkowa). Wskazana przeze mnie wada jest zupełnie subiektywna, ponieważ (jak już wiecie) nie lubię scen, w których jest coś z magii czy ludowych wierzeń. Dlatego też sprawiły mi one sporo komplikacji. Zamiast pchać mnie do przodu, czułam, że niepotrzebnie się zatrzymuję. Gdyby udało się pominąć te sceny, moje podskoki radości byłyby zdecydowanie wyższe.

    Mimo wszystko to bardzo dobrze napisana powieść. Wciągający kryminał, którego fabuła na pewno nie jest banalna. Dlatego mimo wskazanych uwag, nie będę mówić: „Nie czytać, szkoda czasu”. Wręcz przeciwnie. Uważam, że warto sięgnąć po „Śpiącą nimfę” choćby z uwagi na atuty, jakie wymieniłam. A być może Wy nie dostrzeżecie żadnych minusów. Zachęcam zatem do lektury, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Przekonać się, co nam się podoba, a co nie. Z książkami jest, jak z randkowaniem. Trzeba przetestować kilka relacji, żeby poznać siebie, swój gust i wybrać tę znajomość, którą chce się rozwijać całe życie 🙂

     

    Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Sonia Draga.

  • Książki dla dorosłych

    „Mamidło” Barbara Janas-Dudek

    Długo zastanawiałam się, czy poemat „Mamidło” jest czymś dla mnie. A może raczej, czy to odpowiedni czas w moim życiu, aby po niego sięgnąć. W końcu niedawno zostałam mamą, a jak wiadomo, okres ten jest bardzo emocjonalny i wrażliwy w życiu kobiety. Jednak zachęcona wypowiedziami innych, postanowiłam poznać opowieść przedstawioną przez Barbarę Janas – Dudek.

    Minimalistyczna okładka w czarnym tonie i pierwsze wersy skrywane na stronach tomiku upewniły mnie, że mam w swoich dłoniach coś wyjątkowego. Coś, co muszę potraktować poważnie. Przeżyć, a nie tylko odczytać. Lektura całości tylko temu dowiodła. „Mamidło” to pozycja wymagająca. I nie mam tu na myśli elitarnego stylu. Chodzi o ciężar treści. Już teraz zaznaczę, że jest to pozycja, która wymaga od czytelnika dużych pokładów empatii. Umiejętność współodczuwania to podstawa do należytego odbioru tej poezji. Dlaczego?

    Podmiot „Mamidła” dzieli się z nami swoją historią. Opowiada nam o odbytej drodze stawania się matką.

    „Parłam i oto są. Przyszły o własnych siłach, poranione, z przeszłością, którą wyrwać trudniej niż włosy. Z napięciem mięśniowym, astmą, autyzmem, podziurawionym sercem. Z brakiem słów, pięścią w gardle. Przyszły, a ja przyjęłam jak swoje, wbrew bliskim, na oczach zgorszonych sąsiadów; na oczach świata, który je przysłał i nic więcej nie zrobił. […]”

    Starania się o dziecko przez podmiot liryczny wyglądały inaczej niż w przypadku większości kobiet. Matka adopcyjna zamiast z siłami natury, musi zmierzyć się ze żmudnymi procedurami, kontrolami i oceną. A wszystkiemu towarzyszą równie trudne emocje – oczekiwanie, nadzieja, rezygnacja, zwątpienie, bezradność.

    Wymownym jest również sam tytuł. Mamidło – tak nazywa siebie podmiot. Stosuje wobec siebie także inne określenia – makatka,  matka uzurpatorka. Wydawać by się mogło, że bycie niematką to ciągłe cierpienie, ale czy bycie matką to rzeczywiście jedynie sielanka? Nie. Wszystkie kobiety, które mają pod swoją opieką dziecko wiedzą, czym jest lęk, złość, bezradność i ból. Ale jest i drugi biegun znany matkom i „niematkom” – ogromna determinacja i siła, miłość i radość.

    „Mamidło” jest sugestywną i emocjonalną opowieścią o adopcji, ale cząstkę siebie odnajdą w niej również kobiety, które nosiły pod swoim sercem rozwijające się dziecko.

    Historia podmiotu lirycznego to również dojrzała lekcja miłości. Obraz kobiety silnej i bezinteresownej, która w swoim sercu znajduje miejsce na wielkie uczucie wobec „obcych” dzieci z ich bagażem wspomnień, z defektami fizyczno-psychicznymi. Nie zraża ją również oschłość procedur i ludzi, którzy patrzą na nią krzywym okiem. Wszystko przez to, że odważyła się podjąć tak niepopularną decyzję.

    „Nie jesteśmy tu sami. Kurator bacznie obserwuje pierwszy kontakt. Po tych wszystkich testach, zajęciach grupowych, wywiadach, zaświadczeniach lekarskich, wglądach, rewizjach mieszkania powinni wiedzieć o mnie wszystko, tymczasem patrzą jakby brakowało mi piątej klepki.”

    Na tym poprzestanę swoje rozważania. Nie chcę zdradzić zbyt wiele z tego, co skrywa w sobie „Mamidło”. Mam nadzieję, że sami zechcecie odkryć resztę. Z serca polecam tę publikację o dużych walorach literackich. Tę książkę, która może być także ogromnym wsparciem dla rodzin (i nie tylko!).

    Cieszę się, że zdecydowałam się sięgnąć po poemat Barbary Janas-Dudek. . Jestem wdzięczna Autorce i Zaułkowi Wydawniczemu „Pomyłka” za możliwość przeżycia tych wszystkich emocji, które towarzyszyły podczas lektury. Dziękuję za egzemplarz. 

  • Książki dla dorosłych

    „Wieczny początek. Warmia i Mazury” Beata Szady

    Niejednokrotnie wspominałam już, że bardzo lubię sięgać po książki, w których poruszane są tematy związane z drugą wojną światową. Mam tu na myśli zarówno literaturę piękną, jak i reportaż. Szczególnie interesuje mnie kwestia życia codziennego ówczesnej społeczności, ich wartości, dylematy i tragedie, które dotykały niemal każdego, kto żył w tamtych czasach. Ogromną radość sprawiła mi propozycja zrecenzowania książki, która opowiada historię ludzi żyjących na Warmii i Mazurach. Od ponad 10 lat mieszkam w Toruniu, ale to w Olsztynie, w moim rodzinnym mieście, zostawiłam duży kawałek swojego serca. Oprócz wspomnianej uciechy, pojawiła się też pewna obawa, czy będę potrafiła zachować obiektywizm i nie oceniać reportażu Beaty Szady poprzez emocje i refleksje, jakie pojawiają się podczas czytania. W celu uniknięcia tej pułapki postanowiłam odczekać kilka dni i zasiąść do recenzji, gdy część emocji już opadnie. Poznajcie zatem moją opinię na temat „Wiecznego początku”.

    Lasy, jeziora, rzeki i mnóstwo promieni słonecznych. Istny cud natury i raj dla wczasowiczów. To pierwsze skojarzenia, jakie przychodzą nam do głowy, gdy pada hasło „Warmia i Mazury”. Miejsce, którym chętnie chwalimy się również za granicą. Piękny punkt na mapie naszego kraju. Kwintesencja polskości. Jednak, czy zawsze tak było? Z lekcji historii wiemy, że nie. Ziemie te, przez lata niemieckie, weszły w skład państwa polskiego po II wojnie światowej. W tej jednej chwili zmieniło się wszystko. Mieszkańcy, którzy pozostali, stanęli przed trudnym zadaniem. Musieli na nowo odnaleźć się w niełatwej rzeczywistości.

    Beata Szady postanowiła przemierzyć Warmię i Mazury, by poszukać odpowiedzi na pytanie o tożsamość. Na swojej drodze spotykała ludzi, którzy z całych sił pragnęli uciec z kraju, bo nie czuli się z nim związani i zdecydowali się zostawić ojcowiznę. Poznała katolickich księży, którzy na Mazurach przejmowali ewangelickie kościoły. Rozmawiała z też z ludźmi, którzy bez skrupułów korzystali z poniemieckich dorobków. Dzięki tym spotkaniom poznała wiele subiektywnych definicji tożsamości regionalnej. Ich wspólnym mianownikiem – wieczny początek. Na kartach reportażu czytelnik poznaje tych, którzy musieli swoje życie zaczynać od nowa.

    Autorka oddała w nasze ręce bardzo dobry reportaż, w którym przedstawia losy niemieckich Warmiaków i Mazurów. Nie ocenia, nie oskarża, nie piętnuje. Podjęła się trudnego zadania, jakim jest zrozumiałe przedstawienie skomplikowanej historii regionu, która skrywa w sobie wiele nieznanych nam faktów. Zaprasza nas na spotkanie z tymi, którzy niejednokrotnie musieli stanąć przed pytaniami: „Kim jestem? Kim się czuję? Mazurem? Niemką? Polką? Polakiem?”. Nam, żyjącym obecnie, odpowiedzi wydają się takie proste. Jednak nie każdemu łatwo jest na nie odpowiedzieć. Bo czy można stać w rozkroku między dwoma państwami, narodami, a nawet tożsamościami?

    Dużym atutem reportażu jest ciekawa narracja, przejrzystość języka i stylu. Autorka w prosty sposób ukazuje nam historię regionu, dzięki której czytelnicy mogą się przekonać, ze Warmia i Mazury to coś więcej niż malownicze tereny. Praca Beaty Szady tym bardziej wzbudza mój podziw, bo autorka w żaden sposób nie jest związana z regionem. 

    Choć moja opinia zawiera same pochwały, wiem, że nie jest to książka dla wszystkich. Polecam ją szczególnie tym, którzy są ciekawi historii naszego kraju. Uważam zaś, że jest ona obowiązkową lekturą dla tych, którzy pochodzą z Warmii i Mazur bądź upatrzyli sobie to miejsce na wakacyjny odpoczynek. Warto znać historię tego pięknego miejsca 🙂

     

    Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czarne. 

  • Książki dla dorosłych

    „Narzeczona z getta” Sabina Waszut

    Mój własny, subiektywny system oceniania książek, nie jest skomplikowany i zapewne nie różni się wielce od kryteriów innych czytelników. Biorę pod uwagę cztery główne zagadnienia:

    1. Czy po przeczytaniu książka jeszcze długo we mnie zostaje? Czy moje myśli wciąż krążą wokół historii i bohaterów?
    2. Czy dowiedziałam się z tej książki czegoś ciekawego? Nie mam tu na myśli jedynie wiedzy naukowej. To mogą być różne rzeczy, a wręcz drobiazgi, np. pobudzające wyobraźnię opisy miejsc, nowych smaków czy zapachów, zwyczaje danej społeczności, charakterystyka jakiegoś zawodu itp.
    3. Sama historia.
    4. Sposób, w jaki owa historia została opowiedziana. Jaki warsztat pisarski został przedstawiony czytelnikowi (język, styl, narracja).

    „Narzeczona z getta” to jedna z tych książek, które pozytywnie spełniają w zasadzie każdy z powyższych punktów. O czym jest fabuła, która w takim stopniu skradła moje czytelnicze serce?

    Barbara i Marcin to młode małżeństwo, które staje u progu urządzania wspólnego życia. Zostają oni właścicielami starej szafy, która za swoimi skrzypiącymi drzwiami kryje wiele zagadek. I już sam ten fakt sprawia, że mebel staje się czymś wyjątkowym dla nowej właścicielki. Bowiem Barbara na dnie swojej duszy chowa równie dużo tajemnic. Z pozoru krucha kobieta podejmuje się wielkiego wyzwania i postanawia dowiedzieć się, kim byli pierwsi właściciele antyku. Trop prowadzi ją do Sławkowa, gdzie dowiaduje się, że mebel należał do rodziny żydowskiej. Z pomocą miejscowego pasjonata historii powoli odkrywa losy Sary, żydówki zakochanej w goju – synu szklarza. Czy ich zakazana miłość zdołała przetrwać wojnę i holocaust? Jaką odpowiedź przyniosą Barbarze nagrobne płyty i stare dokumenty?

    „Narzeczona z getta” to kolejna książka, która przeplata ze sobą przeszłość i teraźniejszość. Kolejna, która łączy losy dwóch kobiet z dwóch różnych okresów czasowych. Kolejna, ale czy to oznacza, że taka sama, jak wszystkie? Nie. Było w tej powieści coś, co wyróżniało ją na tle pozostałych. To, co mnie bardzo urzekło to wykorzystanie w historii starego mebla (tutaj szafy) i niemal uczynienie z niego jednego z bohaterów powieści. Motyw ten dowodzi temu, że niektóre przedmioty naprawdę mają moc utrwalania przeszłości, a nawet mogą zamknąć w swoim wnętrzu kawałek ludzkiej duszy.

    Pani Sabina Waszut wręczyła (choć niedosłownie 🙂 ) w moje ręce powieść, która miejscami dotykała najgłębszych strun mojej duszy. Niektóre fragmenty musiałam czytać dwa razy. Mało tego, poczyniłam w wielu miejscach swoje notatki i podkreślałam zdania. Dzięki temu czułam, że ta książka we mnie „pracuje”. I nie przestała wraz z zakończeniem. Na długo pozostała w moich myślach.

    Jeśli nie czytaliście, przeczytajcie, jeśli czytaliście, wróćcie. Ja zrobię to na pewno. Jeśli nie do całości, to na pewno do ulubionych fragmentów.

    Na samym dole wspomnę jeszcze o pewnym mankamencie, który zauważyłam swoim czysto subiektywnym okiem. Celowo czynię to już po podsumowaniu i zachęceniu Was do lektury, bo ta mała wada nie przekreśla w żaden sposób całości. Otóż, poczułam pewnego rodzaju rozczarowanie w niektórych wątkach, które zostały bardzo obiecująco przedstawione i niestety w dalszej części nie doczekałam się ich rozszerzenia. A szkoda. Pozostało mi jedynie (a może taki był też zamiar?) domyśleć się, o co w nich chodziło. Pozwolę sobie teraz na zwrot do Autorki: Pani Sabino, ta książka miała zdecydowanie za mało stron. Czytając Pani książkę, chce się więcej i więcej 🙂

    To było moje pierwsze spotkanie z piórem Autorki i myślę, że pora teraz nadrobić też pozostałe tytuły Pani Sabiny.

  • Książki dla dorosłych

    „Ciche dni” Abbie Greaves

    „Ciche dni” to powieść, którą moim zdaniem trudno zaliczyć do jednego typu literackiego. I choć wydawca plasuje ją w grupie obyczajowej, a nawet w romansie, ja dostrzegam w tej historii nieco inne cechy gatunkowe. Być może wynika to z tego, że w każdej niemal książce poszukuję tego, co mnie najbardziej pasjonuje. I w tej odniosłam detektywistyczny sukces 🙂 W mojej opinii książka łączy w sobie rozbudowaną powieść psychologiczną z elementami trzymającego w napięciu thrillera. I tylko nieliczne fragmenty przypominają obyczajówkę. Zaś romansu nie dostrzegam tu w zasadzie w ogóle. Ale do rzeczy, o czym jest powieść Abbie Greaves?

    Autorka oddaje w ręce czytelnika intymny portret pewnej rodziny. Wydawałoby się, że małżeństwo Maggie i Franka jest w pełni udane. Jednak, jak to bywa w przypadku takich idealnych obrazów są one namalowane pędzlem pozorów, a pod tymi pięknymi barwami kryje się szarość prawdziwego życia. Poznając tę parę bliżej odkrywamy kataklizm, który nawiedził ich dom. Źródłem tej okrutnej siły niszczącej jest milczenie i tragiczny w skutkach brak komunikacji.

    Maggie i Frank od pół roku nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Jedzą razem posiłki i śpią w jednym łóżku w coraz bardziej niezręcznym milczeniu. Co sprawiło, że Frank zamilkł i zamknął się w sobie? Okazuje się, że ta ogłuszająca cisza staje się nie do zniesienia dla jego żony. Kiedy pewnego dnia Frank znajduje ją nieprzytomną na podłodze w kuchni, grunt usuwa mu się spod nóg. Wie, że to jego milczenie stało się powodem próby samobójczej. Maggie trafia do szpitala, gdzie zostaje wprowadzona w śpiączkę farmakologiczną. Nawet jeżeli odzyska przytomność, nigdy nie będzie już taka sama. Czy w obliczu dramatu, Frank zbierze w sobie siłę i wyjawi tajemnicę swojego milczenia? Czy prawda uratuje Maggie? Czy istnieje jeszcze ratunek nie tylko dla niej, ale i dla ich małżeństwa?

    „Ciche dni” to książka, która od pierwszej strony uderza swoim autentyzmem. Autorka rozpoczyna swoją opowieść od prologu, którym skutecznie buduje napięcie i tym samym sprawia, że zaintrygowany czytelnik pragnie wiedzieć więcej, chce jak najszybciej rozbroić bombę, jaką otrzymał we wstępie. Jest gotów zmierzyć się z jej skutkami i poznać odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania.

    Autorka porusza w powieści kilka ważnych tematów: potrzeba komunikacji w związku, umiejętność wyrażania swoich myśli, uczuć i potrzeb. Dotyka delikatnego zagadnienia, jakim jest macierzyństwo. Ukazuje jego jasne i ciemne strony. Na przykładzie bohaterów wyjaśnia, do czego prowadzi nadopiekuńczość i bezgraniczne zaufanie do dziecka.

    „Ciche dni” to szczegółowe studium ludzkiej psychiki, którego ogromnym plusem jest przedstawienie sposobów postrzegania tych samych zdarzeń przez kobietę i mężczyznę. Z własnego życia wiemy, jak często są to dwa wielce różniące się punkty widzenia. I choć w sferze samej fabuły nie działo się zbyt dużo, ja w jej wolnym tempie napawałam się tym, co dzieje się w głowach bohaterów. A działo się w nich wiele!

    Na koniec przyznam, że spodziewałam się nieco mocniejszego zakończenia, ale jego braku nie traktuję jako rozczarowania. Sposób przedstawienia opowieści był wystarczająco satysfakcjonujący, a „słabsze” zakończenie tylko podkreśliło autentyczność tej życiowej historii.

    Polecam tę książkę tym, którzy lubią odkrywać skrywane na stronach sekrety i wraz z nimi zaglądać w głąb ludzkiej psychiki. Aż trudno mi uwierzyć, że „Ciche dni” to powieść debiutancka. Z przyjemnością poznam kolejne książki tej autorki, bo liczę, że takie się pojawią!

  • Książki dla dorosłych

    „Bezmatek” Mira Marcinów

    „Bezmatek” to prozatorski debiut Miry Marcinów i już na wstępie zdradzę, że jest on bardzo udany. Autorka dowiodła nim, że nie jest zakładniczką dotychczasowej formy i równie dobrze, jak w pracach naukowych, czuje się w literaturze pięknej. W ręce czytelników oddała książkę o wymownym tytule.

    Śmierć i miłość. W tych dwóch słowach przedstawić można opis fabuły. Skromna ilość słów, za którymi kryje się bogactwo znaczenia.

    Miłość matki do córki. Miłość córki do matki. Rodzaj tej relacji prawdziwej, bez ubarwień, z pełnym wachlarzem momentów dobrych, złych i jeszcze gorszych. W końcu nikt nie jest idealny. Nawet rodzicielka, która w oczach dziecka jest wzorem. Matka – przyjaciółka, opoka, przystań dla zagubionych jachtów i krytyk, którego słowa ranią nawet najsilniejszych. Choroba, tragiczny obraz odchodzenia, rozciągnięte w czasie pożegnanie, rozmowy pełne wspomnień, rozliczanie z targającymi uczuciami. W końcu śmierć, strata, cierpienie i bolesna luka. Proces przyczynowo-skutkowy, który wydaje się być dość logiczny. Przecież każdego z nas czeka przejście przez ten ciąg następujących po sobie wydarzeń. Wiemy o tym zawczasu, kiedy na horyzoncie nie ma jeszcze żadnych zwiastunów tragedii, ale czy świadomość oznacza jednocześnie przygotowanie na to, co nieuniknione?

    „Bezmatek” to książka trudna w tematyce, lecz z uwagi na użyty język czyta się ją dość łatwo. W mojej opinii opowieść zasługuje na miano bardzo wartościowej. Nie ma tu wartkiej akcji, napięcia, mnogości wątków i bohaterów. I to jest dla mnie ogromnym plusem. Nie od każdej książki oczekuje się bowiem fabularnego „bum”. W tego typu powieści szuka się burzy nie na stronach książki, lecz we wnętrzu bohaterów i czytelnika. I tu właśnie znalazłam to, co mną wstrząsnęło, nie dawało myśleć o niczym innym, a ściśnięty żołądek nie pozwolił na przyjmowanie ulubionych przekąsek, które towarzyszą mi przy czytaniu. I co najważniejsze, odnalazłam w tej książce to, co nie da o sobie zapomnieć.

    To wszystko dała mi właśnie lektura „Bezmatek”. Ale być może Wam tego nie da. Kto wie? W końcu najpiękniejszą rzeczą w literaturze jest to, że każdy widzi na tych pożółkłych kartach coś innego. Ja Wam tę książkę z całego serca polecam!

    Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne, któremu z serca dziękuję za egzemplarz recenzencki.